Cierpliwość i precyzja, czyli jak to było w zamierzchłych czasach.
Cała moja przygoda z grami komputerowymi zaczęła się dawno temu od legendarnej już dziś maszynki zwanej C-64. Jak na swoje czasy (i swoją klasę – czyli komputery ośmiobitowe) był to całkiem ciekawy sprzęt, na którym można było pograć w różnego rodzaju gry: od typowych zręcznościówek (nieśmiertelna „Giana Sisters”), przez świetne przygodówki (tu od razu przychodzą mi do głowy wszystkie części gry „Dizzy” – pamiętacie?), gry tekstowe („Lifeboat”), aż po strategie („Theatre Europe”) i tzw. „managery” (mój ulubiony to „Jimmy’s Soccer”).
Naprawdę było z czego wybierać, jednak żeby w cokolwiek pograć, konieczna była spora doza cierpliwości, bo gry wgrywało się przecież z kaset. I pół biedy, jeśli mieliśmy przystawkę (tzw. kartridż) z systemem „Turbo”, dzięki któremu gra wczytywała się maksymalnie trzy-cztery minuty. Bez „Turbo” trzeba było czekać nawet i kwadrans albo dłużej! Smaczku sprawie dodawał jeszcze fakt, że jeśli głowica w magnetofonie nie była ustawiona właściwie, to nie dawało się uruchomić gry, a całe wczytywanie trzeba było powtarzać…
Nadal pamiętam, jak niecierpliwie czekało się od chwili pojawienia się napisu „press play on tape” do ekranu, na którym trzeba było wklepać „run”, pamiętam też, jak frustrująca była chwila, w której zamiast upragnionego „ready” pojawiał się napis „?load error”… Na szczęście dla wszystkich podobnych mi maniaków istnieją rozmaite emulatory, które naszego peceta (albo konsolkę – tak, jest emulator C-64 na PSP!) w ułamku sekundy zamieniają w starego, dobrego„komcia”, dzięki czemu znowu możemy zagrać w ulubione gry sprzed lat.
















