Powrót na brytyjskie niebo – „IL-2 Sturmovik: Cliffs of Dover”.
Jako osobnik niemal całkowicie zboczony pod względem ulubionych gatunków gier komputerowych (i nie tylko) właściwie nie powinienem wypowiadać się na temat tej gry, bo to przecież symulator, a ja symulatorów szczerze i z całego serca nie znoszę.
Niestety, od jakiegoś czasu (a konkretnie od premiery pierwszego „Sturmovika” ładnych parę lat temu) w moim pancerzu pojawiła się rysa, której nijak nie mogę się pozbyć.
Może dlatego, że wszystkie gry z serii „IL-2” są tak pieruńsko trudne (a to akurat w grach lubię), może dlatego, że są tak ślicznie dopracowane graficznie i nieprawdopodobnie wręcz grywalne…
Nie mam pojęcia – wiem natomiast, że w zasadzie jest to jedyny symulator, w jaki grałem, gram i grać będę. Akcja „Cliffs of Dover” przenosi nas ponownie do roku 1940, do słynnej Bitwy o Anglię, w której znów możemy wziąć udział. Tu pewien minus (ale raczej zrozumiały): możemy grać tylko jako członek RAF, za to do dyspozycji mamy maszyny brytyjskie i… włoskie! Oczywiście mamy do wyboru pełną kampanię singleplayerową, jak i opcję polatania sobie „po sieci”, gdzie maksymalną liczbę uczestników ustalono na 128 osób.
Do edycji kolekcjonerskiej wydawca gry dorzucił kilka ciekawych gadżetów, z których najbardziej podoba mi się reprint… autentycznej instrukcji obsługi samolotów serii Spitfire! Poza tym oczywiście mapa (także reprint autentyku z okresu II wojny światowej), artbook i solidne pudełko. A to wszystko za niecałe 190 złotych, czyli niespecjalnie drogo. Tak więc wolant w dłoń i do boju!
















