„TransSolar” – hybryda strategii i handlówki.
Wiele osób nie kojarzy tego tytułu, co z jednej strony nie powinno dziwić, bo ta planszówka ma już ponad dwadzieścia lat, a z drugiej strony jednak szkoda. Potencjał tej gry jest bowiem ogromny, i to nie tylko ze względu na sam pomysł.
Ale zacznijmy od początku. Na pierwszy rzut oka „TransSolar” to skomplikowana gra z gigantyczną mapą (format w okolicach A0), jednak to tylko pozory. Jak i inne gry wydawane przez nieistniejące już wydawnictwo „Encore”, tak i ta zaopatrzona jest w nieźle napisaną instrukcję, z której wynika jasno, że mamy do czynienia z grą, w której naszym głównym zadaniem jest wypełnianie misji (jest to dość typowy element gier handlowych).
Dużym plusem jest to, że dzięki osadzeniu gry w Układzie Słonecznym mamy szansę dowiedzieć się czegoś ciekawego o znajdujących się w nim ciałach niebieskich, ponieważ wszystkie informacje na kartach misji są autentyczne (z poprawką na stan wiedzy astronomicznej około roku 1990 – czyli np. Pluton nadal jest tam planetą).
Sama rozgrywka najbardziej skupia się na rywalizacji, natomiast jest w zasadzie pozbawiona elementu bezpośredniej konfrontacji między graczami (czyli walki). Pewną kompensacją tej sytuacji są karty wydarzeń losowych, które potrafią wprowadzić niezłe zamieszanie do naszego planu gry. I jak zwykle w takich sytuacjach, tych pozytywnych zdarzeń jest zdecydowanie mniej.
Mimo to gra się bardzo przyjemnie, choć dla osób przyzwyczajonych do gier planszowych wydawanych współcześnie „TransSolar” będzie pod względem wykonania najprawdopodobniej raczej prymitywny. Jednak największą zaletą tej gry jest nie tylko jej oldskulowy klimat, ale przede wszystkim niesamowita grywalność. I choć ciężko ją dostać (czasem pojawia się na Allegro, ale rzadko, bywa też częściowo zdekompletowana), to naprawdę warto poświęcić jej trochę czasu. Polecam!

















